środa, 29 lipca 2026

Hipsterski plecak od Survival Kettle.


   Dziś`na tapetę bierzemy nieodłączny atrybut każdego pochłaniacza sojowej latte i nieustraszonego łowcy bezglutenowych pierożków. Atrybut, który wyrył się w subkulturach, jak uszy p Urbana w naszej polityce. Atrybut, który wespół z szalem ze sztucznego jedwabiu, gołymi kostkami, przykrótkimi rurkami (oraz:  starym, wyciągniętym swetrem, raybanami, podkręconym i wypomadowanym wąsem, "ajfonem", hello kitty i przymałym kapelusikiem rodem z bawarskich thrillerów psychologicznych), stworzył wizerunek, a raczej "look" tabunów, przemierzających otchłanie praskich knajp, młodzieniaszków w wieku co najmniej średnim.

Opisywany plecak w całej swej pięknej okazałości.


   Tak, z pewnością wiecie o czym mówię. To oczywiście jednokomorowy plecak w typie "ultralajt". Taki prosty, zaszyty z jednej strony rękaw, z systemem nośnym wykonanym z dwóch kawałków linki "stylonowej". Zatem nasz plecaczek to klasyczna konstrukcja, noszona od dawna na świecie przez pokolenia hipsterów, a wcześniej, przez ich dziadków – hipisów. Klasyczna a zarazem prosta i genialna w swej prostocie. Ot , worek z wszytymi dwoma trokami i tunelem na te właśnie troki, będące jednocześnie szelkami i systemem nośnym całości. Każdy jest przewleczony przez tunel wszyty u wylotu worka a końcami wszyty jest w podstawę, co umożliwia otwieranie i zamykanie worka a jednocześnie przenoszenie tegoż jak plecaka (podobne konstrukcje stosują znane i szanowane na całym świecie firmy mające na przykład białą łyżwę lub skaczącego dużego kota w logotypie).
Prostota i jakość wykonania to bardzo mocna strona tego produktu.
Tu niestety ciut już przybrudzony. Noszenie węgla do sziszy luzem nie jest jednak dobrym pomysłem.

Żadnej tam nowoczesności dla lamerów. Zero jakiejkolwiek innowacji w postaci klamer, potrójnego suwaka czy wodo odporności w metrach słupa wody. Wzmocnienie na spodzie - w żadnym wypadku! Pas piersiowy ? A po co ? Żeby nam szaliczek potargał ? 
A może pas biodrowy ? Wykluczone. Przecież słuchawki od ajfona się weń zaplączą. 
Ale wróćmy do meritum. 
Sitodrukowy logotyp "Survival Kettle"
(trochę mi się ostrość rozjechała, ale okazało się że sojowa latte nie wpływa zbyt dobrze na optykę ajfona)
Worek naszego plecaka to znany i lubiany przez niemal wszystkich nylon (u mnie akurat w pięknym, zielonym "non - camo"   kolorze)  na którym naniesiono sitodrukiem stylowe logo firmy Darka - Survival Kettle ( litery są białe, co doskonale komponuje się z połyskującą zielenią plecaczka). Sam nadruk to solidna robota - targam ten plecak od niemal trzech lat i logo cały czas jest białe, czytelne i wygląda na to, że ten stan rzeczy utrzyma się jeszcze dośc długo. Komora główna jest ładnie i równo przeszyta, a na dole zaoczkowana ( co ładnie widać na foto).
Fest oczko i recyclingowy sznurek,zdecydowanie pozytywnie wpłyną na nasze samopoczucie.

Wymiary plecaczka (podane w zaokrągleniu ) 40 cm wysokości i 15 średnicy, co nam daje około 7 litrów pojemności. W sam raz do codziennego użytku (pomieści smartfona, pomadkę do ust, szaliczek od mamy i wejściówkę do "starbaksa"). Więcej wpakowąć się da, ale nie wypada, bo całość straci swój idealny kształt.
Nasz bohater na plecach rosłego męża.


Darek, razem z plecakiem dostarczył mi całkiem fajny gadżet - duży, zielony czajnik do gotowania wody. 




Patent znany i powszechnie lubiany. Na „zgniłym, imperialistycznym zachodzie” ten typ urządzeń do gotowania (czajniki, szybkowary i bimbrownie) nazywa się „Vulcan”. A to dlatego że z poprawnie opalanego czajnika walą jęzory ognia jak z Wezuwiusza. Zasada działania tegoż gadżetu jest wielce prosta: mamy palenisko i nadstawkę, która tak naprawdę jest sercem całości. Nadstawka to zwykły czajnik, przez którego środek poprowadzono "komin" pełniący funkcję komory spalania i jednocześnie "wymiennika ciepła". Co nam to daje ? Daje nam to tyle, że powierzchnia którą ciepło jest odbierane przez wodę jest znacząco większa niż w czajnikach o klasycznej konstrukcji, a to z kolei przekłada się na szybkość z jaką woda zostaje doprowadzona do wrzenia.   Całość jest wykonana z amelinium, zwanego u nas „glinem”.  I tu coś „meega” jak mawia moja córka. Daro udowodnił, że amelinium da się pomalować nie tylko „farbom amelinowom” (https://www.youtube.com/watch?v=t8lnCA8PHJM )  - mój czajnik jest w kolorze zgniłozielonym i nie wiem co to za farba, ale za cholerę nie odpada nawet wielokrotnie szorowana, obijana i przypalana. 


Konstrukcja czajnika jest zagniatana i jest wzorowo szczelna. Do ściany czajnika są przymocowane (staroświecko i porządnie - nitami) dwa obszyte skórą pałąki, dzięki którym można uchwycić „kettla” z wrzątkiem wewnątrz i spokojnie wlać wodę do kubka czy też butelki, bez obawy o poparzenie siebie czy kogoś z otoczenia. Tu ukłon w stronę twórcy SK za to, że w kwestii uchwytu „nie poleciał mainstreamem” jak Kelly Kettle, które w swoich wyrobach stosuje jakieś dziwne rozwiązania z łańcuszkami, mijające się z wygoda i ergonomią (oczywiście kładę tu łeb pod topór powszechnej krytyki, ponieważ są tacy którzy chwalą sobie łańcuszkowe rozwiązanie KK. Ja uważam że jest ono porażką, ale z opinią wiadomo: Jak z du..ą – każdy ma swoją). 
„Dziubek” Sk ma średnicę taką samą jak „zwykłe” domowe czajniki (37 mm) i umożliwia stosowanie klasycznego gwizdka z tychże czajników. Mnie w zupełności starcza firmowa, umocowana długim rzemieniem pokrywa, ale są tacy którzy lubią jak im coś przed śniadaniem gwiżdże. 
No dobra, ale co z paleniskiem. 
Palenisko to jeden kawałek amelinium, wykonany przez wyoblanie. Wykonany estetycznie, równo i bez żadnych falban wokół otworu na opał wybitego w ściance. 
Moje wątpliwości wzbudziła grubość ścianki paleniska - około 0.8 mm. W końcu jak na palenisko to dość cienka sprawa. W dodatku amelinium.



Mająca 0.8 mm grubości ścianka paleniska nie budzi zaufania,ale jednak działa.


Jednakowoż fizyka pokazała że takie rozwiązanie się sprawdza. Dlaczego? Już tłumaczę. Po kilkukrotnym użyciu, na ścianach i dnie kuchenki (a także w kominie czajnika) osadza się warstwa sadzy, która jak wiadomo jest doskonałym izolatorem. Zatem w jakimś stopniu chroni palenisko przed przegrzaniem. Mówimy tu oczywiście o zwykłym użytkowaniu „kettla”. Jednakże sadza osadzająca się w kominie obniża wydajność czajnika (pamiętajmy o własnościach izolacyjnych sadzy). Antidotum na tę przywarę systemu to przetarcie wiechciem raz na jakiś czas kanału komina.

Skoro przy palenisku jesteśmy to warto wspomnieć o jednej rzeczy związanej z bezpieczeństwem. Podłoże od ognia dzieli tylko 0.8 mm aluminium, zatem trzeba pamiętać o odpowiednim wyborze miejsca na którym spocznie czajnik, więc: 
1. Nie może to być palisandrowy blat w salonie cioci Jadzi, bo szlag go trafi tam gdzie postawimy czajnik. W blacie zostanie po prostu ładnie wypalony okrągły ślad po palenisku.
2. Nie powinna być to sucha jak wiór ściółka w lesie, ponieważ zanim woda nam się zagotuje będziemy mieć płonącą wokół kuchenki ściółkę. I nie pomoże późniejsze tłumaczenie leśniczemu że przecież nie paliliśmy ogniska.
3. Nie stawiamy czajnika w błocie. Nisko położony otwór na opał aż się prosi żeby wpłynęła nim woda. 
4. Całości nie stawiamy na śniegu. Śnieg spod paleniska się wytopi, a czajnik z litrem wody pierdyknie w losowo wybranym kierunku. I tyle z herbatki. 

  Czym w tym można napalić ? Wszystkim co się pali. Rzecz jasna bardziej chodzi o szyszki, korę i jakieś badyle niż stare gumowce, taktyczną wersalkę lub papę znalezioną na polanie (sprawdziłem: działa dobrze, ale nikt nie chce mieć na głowie "grinpisowców" lub Ostaszewskiej, więc gumowce, ceraty, wersalki czy paliwo uranowe sobie darujemy). Modne w środowisku bushcraftowym płatki bawełniane nasączone stearyną, woskiem lub inną parafiną też się nadadzą. Ten czajnik jest tak "mega", że na 3-4 sztukach takich płatków, litr gotuje się w jakieś 3 minuty. Trzeba tylko uważać, bo z komina robi się kopciuch straszliwy. No i warto wiedzieć jeszcze o jednym. 
Przy użyciu takich rzeczy jak bawełna nasączona parafiną, kora brzozowa, kora jałowca czy smolniaki, łatwo jest przedobrzyć z paliwem. Opał się "gazyfikuje" (to oczywiście skrót myślowy) a zapłon gorących gazów następuje poza kominem, skutkiem czego mamy wysoko buchający płomień, który może nam podpalić krzaczory nad  vulcanem. Pierwszy raz byłem świadkiem czegoś takiego w czasie jednego ze zlotów Bushcraft Poland, kiedy to Survival Kettle serwował wszystkim chętnym gorące napitki. Później celowo doprowadzałem do takiego stanu w celach, nazwijmy to "badawczych", aby sprawdzić jak wysoki płomień da się uzyskać. Rekordowy miał wysokość około 120 cm !! No ale nikt nie będzie pchał do tego pół kilo kory żeby zagotować litr wody. 

Po rozpaleniu – co zasadniczo stopniem trudności nie odbiega od rozpalenia niewielkiego ogniska – opał można dorzucać górą lub bocznym otworem. Ja preferuję to pierwsze rozwiązanie ryzykując oparzenie dłoni. Daje się całkiem sensownie dokładać bokiem, ale jakoś przyzwyczaiłem się do dokładania górą. Łatwiej mi wrzucić dwie – trzy szyszki górą niż wpychać patyki dołem. Obsługa tego turystycznego samowaru nikogo zatem nie powinna przerosnąć. 
  Do czajnika są dostępne akcesoria umożliwiające przerobienie go na kuchenkę i/lub podgrzewacz. Są to: nadstawka na palenisko, dzięki której uzyskujemy prostą kuchenkę, 
ruszt kominowy na czajnik – umożliwia podgrzanie naczynia na kominie czajnika, oraz ruszt i płyta nakładane na kuchenkę. Akcesoriów nie będę opisywał ponieważ nigdy ich nie miałem nawet w ręku, nie mówiąc już o jakimś szerszym użytkowaniu.
Ja natomiast, wyjeżdżając gdzieś na camping, biorę ze sobą płytkę marmurową (to chyba kawałek cienkiego parapetu) która robi za podstawę i umożliwia gotowanie na stole.

  Kto jest odbiorcą tego wynalazku ? 
  Z racji gabarytów, nie jest to wynalazek do zabierania na samotne piesze wycieczki. Na piesze wycieczki we dwójkę również nie. Może w kilka osób, kiedy dzielimy się targaniem ekwipunku się sprawdzi. 
Kapitalny jest na wszelkiej maści wojaże, gdzie mamy jakiś środek transportu. Pod namiot, na żagle czy na spływ. Na kilkudniowe wypady do lasu również się sprawdza. Warto poświęcić trochę niewygody przy targaniu go na miejsce biwakowania po to, aby później nie tracić czasu na rozpalanie ogniska pod czajnikiem. 
Zimą, jeśli wybierasz się ze znajomkami na kulig –  Survival Kettle również jest dobrym wyborem. 
Jeśli będziesz użytkować „kettla” z głową, z pełnią świadomości jego ograniczeń, wad oraz zalet (tych ostatnich moim zdaniem ma więcej), okaże się że jest to całkiem przydatne narzędzie biwakowe, z którego korzysta się w czasie wszystkich czterech pór roku. 

Oczywiście można go zastąpić ultralajtową kuchenką i kartuszami, ale po co? Moim zdaniem to już nie to samo. Zatracamy wtedy to, czego spora część z nas szuka w lesie.  




   A na koniec kilka słów o twórcy SK, Jego własnymi słowami:
"Dariusz Wójcik (rok produkcji 1975) - artysta rysownik, od 16 lat z benedyktyńską cierpliwością, rzeźbiący w internetowej bryle świata. Na codzień prowadzący firmę z branży IT.

Łącząc wodę z ogniem, zarówno w sferze technicznej kuchenek, jak i psychicznej, domowego lenistwa i wewnętrznego łazika. Wyrąbałem sobie, kawałek survivalowego lasu i radośnie moszcząc się po środku, spraszam na tą polanę równie trudne osobowości.

Ratując się przed kryzysem wieku średniego uciekłem przed nim w leśne ostępy, umilając wyprawowe chwile gitarą, ciepłą strawą i dobrym towarzystwem.
Nie prowadzę aktywności, która nie byłaby dostępna dla każdego chętnego ruszyć się zza biurka, stąd swojego rodzaju misja jaka tkwi w produktach Survival Kettle, nie kupuje się samej kuchenki, nabywa się bowiem pewien styl życia w którym pod pretekstem przygotowania posiłku musimy na chwilę przystanąć nie tylko w sensie fizycznym. Kilka/kilkanaście minut wokół kuchenki to czas w którym obcujemy z przyrodą, mamy czas by porozmawiać z biesiadnikami (dziećmi, żonami, przyjaciółmi). Archetypowe znaczenie rozpalanego ognia buduję wspólnotę, nie tylko w naszej grupie, ale i pośród tych którzy przyciągnięci nietypowym rozwiązaniem, dziwując się znoszą nam patyki do rozpalenia, w ramach za edukację i kubek czegoś ciepłego.

Nagrodą są również chwilę w których 8 letni syn, wychodząc rano z namiotu i spoglądając na ciągnącą się wielokilometrową, rozciągającą się przed nim panoramę mówi: Tato... jak w grze 
Gdy na wigierskim campingu wyłączono prąd tylko z jednego miejsca dumnie unosił zapach ciepłej strawy, można zatem poczuć się jak mężczyzna który ocalił rodzinę od niechybnej śmierci głodowej."





piątek, 27 października 2017

8 ważnych rzeczy które powinieneś zrobić przed snem w chłodny lub mroźny dzień.


  1. Izolacja.
    Pamiętaj iż nasze zimne pory roku są bardzo groźne. Chłód + wysoka wilgoć jesienią, trzaskający mróz zimą czy wytapiający się śnieg połączony z chłodem wiosną. To czynniki, o których musisz pamiętać szykując swój nocleg.
    Zadbaj zatem o odpowiedni poziom termoizolacji. Dobra mata samopompująca czy karimata to konieczność. W razie konieczności dodaj do tego jakąś naturalną warstwę pod spodem (często śpiąc zsuwamy się z karimaty i część naszego ciała spoczywa wtedy na glebie), choćby w postaci suchych liści bądź kilkucentymetrowej warstwy świerkowych lub sosnowych gałązek. 
  2. Nawodnienie.
    Poprawne nawodnienie to jeden z kluczowych czynników odpowiedzialnych za zachowanie poprawnej kondycji psychofizycznej. Przed snem należy więc wypić choćby kubek jakiegoś napitku ( wskazane aby był ciepły). 
  3. Ciepły posiłek.
    Nieco inaczej niż w domu, w miarę możliwości zjedz coś ciepłego. Choćby niewielką ilość. Jeśli nie masz możliwości spożycia czegoś ciepłego - zjedz cokolwiek (najlepiej jeśli będzie to coś, co lubisz). Nie dość że poprawisz sobie  "morale" czymś smacznym, to jeszcze zapewnisz dodatkowe ciepło, które powstaje gdy organizm trawi pokarm. 
  4. Śpij z odkrytymi ustami i nosem.
    Nie zasuwaj szczelnie śpiwora, a jeśli śpisz w gorce czy bivy coverzem i szczelnie się zasuniesz, możesz być pewien (lub pewna), że wydychana wilgoć osadzi się wewnątrz śpiwora i / lub gorki, po czym zamarznie. Nie chcesz chyba spać w lodowej rurce?
    Tu dodatkowo zamarzniecie bivy lub norki spowoduje pozapychanie mikroporów, przez co membrana jaką ma Twoja noclegownia przestanie poprawnie działać. 
  5. Śpiwór.
    Przed położeniem się spać kilkukrotnie "strzepnij" śpiwór. Pozwoli to na równomierne przemieszczenie się zbitych po złożeniu do transportu włókien, co będzie miało korzystny wpływ na właściwości izolacyjne wypełnienia śpiwora.
    Bezwarunkowo należy to zrobić z każdym śpiworem, bez względu na rodzaj wypełnienia jaki ma. 
  6. Twoja termika.
    Rozgrzej się przed wejściem do śpiwora. Należy pamiętać, iż śpiwory nie wytwarzają ciepła, a jedynie utrzymują to, które posiadasz. Jeśli więc wejdziesz do śpiwora rozgrzany/rozgrzana, nie będziesz tracić energii na ogrzanie ciała i wnętrza śpiwora. Zatem kilka pompek, pajacyków lub krótki trucht są wskazane. Staraj się jednak nie doprowadzić do tego, aby na twojej skórze pojawiły się kropelki potu. Wilgoć w śpiworze jest ostatnią rzeczą której pragniesz. 
  7. Namiot / tarpa rozbij tak, aby słońce od samego rana ogrzewało jak największą jego powierzchnię. Co prawda zimą słońce wstaje stosunkowo późno, ale każde dodatkowe kilka stopni C jest przydatne. 
  8. Do spania załóż czapkę oraz dodatkową parę skarpet.  Czapka ochroni odsłoniętą czuprynę, natomiast skarpety zapobiegną wyziębieniu palców u stóp (zwykle w miejscu gdzie są palce, wypełnienie śpiwora jest "rozpychane na boki" i warstwa izolacji w tym  miejscu staje się cieńsza.


    Zdjęcie : Internet.   

czwartek, 14 września 2017

Ognisko dakotów / Dakota Hole/Dakota Fire Pit








Dakota fire hole czy też po prostu ognisko Dakotów, to bardzo proste i wielce użyteczne ognisko błędnie wiązane z plemieniem Dakotów. Jego budowa tegoż jest bardzo prosta. Zasada działania również. 
Wykopujemy w ziemi dwa dołki, oddalone od siebie o około 20 cm ( dla ogniska z komorą spalania o głębokości ~30-40 cm). Jeden z nich będzie naszą komorą spalania / paleniskiem, natomiast drugi, to rezerwuar natlenionego powietrza a zarazem jego czerpnia (przykładowe proporcje dołków to 3:2, gdzie większa wartość to głębokość, a mniejsza to średnica). Dołki powinny być w miarę możliwości ulokowane wzdłuż kierunku z którego wieje wiatr. Gdy mamy nasze jamy wykopane, łączymy je "tunelem", pełniącym funkcję kanału napowietrzającego.  Tu mała uwaga. Kopiąc tunel łączący jamy, zwróćmy uwagę na to, aby wylot tunelu w komorze spalania był ulokowany kilka cm nad dnem, ponieważ ulokowanie wylotu na poziomie dna jamy, spowoduje szybkie jego zasypanie przez popiół i całość po prostu przestanie działać, a ogień wygaśnie. 
A dlaczego całość działa, i to doskonale ? 
Posłużę się słowami mojego kolegi (łebski jegomość ale nie bushcraftujący):
 " Małodymienie wynika z tego, że ilość dymu wydzielanego w procesie spalania jest odwrotnie proporcjonalna do ilości tlenu dostępnego w miejscu, gdzie się to coś spala. Jak tlenu jest dużo, to ognisko nie dymi. 


Efekt takiego ogniska jest taki, że ciepło wydzielane przez płonące drewno unosi powietrze i zasysa świeże przez dziurę. Coś jakbyś cały czas dmuchał w ognisko przez tę rurę. Dokładnie ten sam efekt stosuje się w kominkach. Wylatujące przez komin gorące powietrze zasysa powietrze z pomieszczenia przez otwory umieszczone poniżej ogniska, które cały czas dmucha na żar. Dzięki temu kominki tak bardzo nie dymią, dym nie leci do pomieszczenia i można bardzo szybko zrobić dużo ciepła, bo spalanie cały czas przebiega w środowisku bogatym w tlen....".


Więcej słów nie potrzeba.

Poniżej materiał filmowy:

Coś ostrego nie dla każdego: Helle „Fjellmann”






Helle – Norweska manufaktura nożownicza, założona przez braci Steinara i Sigmunda Helle w 1932 roku, produkująca noże użytkowe ( noże codziennego użytku, myśliwskie, rzeźbiarskie oraz turystyczno – outdoorowe ). W Polsce kojarzona z jakością, ciekawym wzornictwem i tym, iż produkuje swoje noże z trzywarstwowego laminatu. Jak możemy przeczytać na stronie: rdzeniem laminatu jest wysokogatunkowa stal stopowa o podwyższonej odporności na korozję.Niestety producent nie udostępnił dodatkowych informacji na temat procesu łączenia materiałów ani też ich choćby przybliżonego składu, nie będziem więc gdybać na ich temat. 



„Fjellmann” znaczy góral. Ale nie taki zwykły mieszkaniec pogórza czy gór. To norweski odpowiednik szkockiego „Highlander”, czyli człowieka twardego, hartowanego przez trudy życia w niesprzyjającym, górskim środowisku.Ktoś szorstki, bardzo charakterystyczny ( czy może raczej „charakterny” ;) ), sprawiający wrażenie gburowatego i nieprzystępnego odludka. Ale również ktoś, kto po bliższym poznaniu i nawiązaniu głębszej znajomości okazuje się niezrównanym kompanem gotowym do wielu poświęceń.


Rzut oka na kształt ostrej części noża. ładnie widoczna "kanapkowa" struktura ostrza.


Dokładnie tak samo jest z opisywanym nożem.

Zwykłe reakcje na ten nóż to „o k...a. Jaki ogór!” „A męskich nie było ?”
Weź go ostrugaj tu i jeszcze tu, to zacznie przypominać nóż”.Nasz bohater w pełnej krasie.
Fakt. Nie jest to może najpiękniejszy nóż jaki widziałem i moja reakcja była zbliżona, ale przecież to ma być używane a nie oglądane. Ergo: krótka rękojeść o mocno zaznaczonym owalu, dziwny kształt ostrza (taki trochę skandynawski ale z rozszerzającym się ku sztychowi ostrzem) i jednocześnie ta kompaktowość całości, która wydawała się lekko nie na miejscu i średnio pasowała do takiego brzydactwa.Jak widać, trzon jest owalny. Bardzo owalny.
Ale wróćmy do konkretów.Fjellmann to nóż o konstrukcji "rat tail" (w naszym języku nie ma odpowiednika tej nazwy, a niemal wszyscy twierdzą że to hidden) z nitowanym mosiężnym nitem trzpieniem . Tangi tego modelu są wycinane na prasie, z prefabrykatów mających postać laminatowej taśmy. Niestety nie posiadam informacji na temat obróbki termicznej noży Helle. Wracając do technikaliów: długość ostrza to 95 mm, grubość 3 mm a szerokość 23 mm. Długość trzonu rękojeści 90 mm. Całość, razem z nitem ma długość 200 mm. Nóż nie posiada jakiejkolwiek gardy / jelca, a tę funkcję pełni lekkie podcięcie na palec wskazujący. To podcięcie w połączeniu ze znaczącym owalem trzonu (22x38 mm w tylnej części rękojeści) powoduje iż chwyt jest nad wyraz pewny nawet spoconą lub zmęczoną dłonią. Ten model nie posiada żadnego  bolstera, przekładek czy innych pierdół. Ot, kawałek zaostrzonej blachy zanitowany w impregnowanej brzozie karelskiej. Brzoza karelska zdecydowani dodaje uroku temu małemu brzydalowi.
I tu mały zgryz. Na stronach naszych sklepów możemy wyczytać info, że trzony Helle to "mazerowana brzoza". Wydaje się to o tyle idiotyczne, że tej techniki nie stosowano do trzonów noży z kilku powodów. Mazeracja jako rodzaj malowania jest stosunkowo droga i nietrwała (na trzonie noża farba szybko się zetrze). Sprawdzi się na meblach i innych tego typu przedmiotach ale nie na czymś czym się często pracuje. Ponadto mazerowanie drewna naturalnie bardzo ładnie usłojonego mija się z celem, ponieważ po co malować ładne słoje na ładnych słojach ? Prawdopodobnie pierwszy handlowiec u nas dokonał błędnego tłumaczenia a reszta po prostu użyła opcji "ctrl+c - ctrl+v" i tak już zostało. Jak możemy na stronie producenta przeczytać , nie ma tam ani słowa na temat malowania drewna na trzony a jedynie o jego olejowaniu : "...A painstaking process of grinding, polishing and oiling is Performed This offer full justice to the natural beauty of These materials."Przyjmijmy więc że trzony są olejowane. Faktura trzonu, z charakterystycznym zabarwieniem drewna, uzyskanym dzięki olejowaniu.
Nóż siedzi w szytej maszynowo i formowanej na prasie pochwie. Sama pochewka ma ciekawą formę. 




Szew jest umieszczony (jak często w pochewkach na skandynawy ) od spodu, zaś zapięcie noża tworzone jest przez patkę na górze pochwy, która to patka zapinana jest na zaklepanym na tangu nicie, który tworzy co w rodzaju knopika. Rozwiązanie proste i nader skuteczne.Nit spajający całość, jest jednocześnie knopikiem zamknięcia pochewki.
Rozwiązanie ze zdjęcia sprawdza się naprawdę doskonale.
Z tyłu pochewki są wybite dwa otwory na firmowo dostarczony 20 centymetrowy rzemień. Rzecz jasna luźno dyndający przy pasie nóż raczej by przeszkadzał niż pomagał, więc rzemyk poszedł precz, na jego miejsce powędrował pierwszy sznurek który wpadł mi w łapy a całość powędrowała do kieszeni bojówek, uwiązana za tenże sznurek do szlufki. Tu mała dygresja na temat materiału z którego uszyto pochewkę. Jest to dość wiotka skóra wieprzowa, o  grubości ~2.5 mm, która dość skutecznie chroni nóż przed czynnikami z zewnątrz (sposób jej formowania powoduje iż nóż siedzi ciasno a sama pochewka ładnie i równomiernie przylega do trzonu), ale niestety w przypadku przysłowiowego "fuckupu" z pewnością nie ochroni naszych trzewi przed siedzącym w pochewce zaostrzonym laminatem. Wrażenia z użytkowania. 






Po oswojeniu się ze specyficznym chwytem jaki oferuje ten nóż złapiemy się na zdziwieniu, że tak krótka rękojeść może doskonale leżeć w dłoni zapewniając  naprawdę pewny chwyt. Dodając zatem do pewnego chwytu nieduże i lekkie ostrze a otrzymujemy doskonałe narzędzie skrawające do użytku na szlaku, w lesie lub na biwaku (gdziekolwiek byśmy nie biwakowali). Takie które może nam dyndać na szyi, pasie lub siedzieć w kieszeni cargo naszych bojówek lub treków. A może swobodnie dyndać, ponieważ sam nóż waży 68 gramów (z pochewką około 95 gramów) - nie jest to zatem masa która będzie nam specjalnie ciążyć na szyi czy w kieszeni. Dla porównania: opinel no 8 waży 30 g, krzesiwo LMF army 2 również 30 g, mora heavy duty 90  a Becker Necker od Ka-Bar-a 80 gramów. Jak zatem widać wagowo Fjellmann to raczej waga lekka. I tak też trzeba go traktować. Zatem żadnego batonowania (od rąbania mamy siekierę) czy używania jak łomu. Bo to w sumie delikatne narzędzie stworzone w konkretnym celu (płowe i gryzonie oprawia się nim dobrze, mimo zbyt ostrego sztychu. Trzeba po prostu robić to z uwagą, żeby nie podziurawić patrochów). Ot, oprawienie koziołka, robota w drewnie, pocięcie materiału, sznurka czy kory, ścięgien lub przygotowanie posiłku w terenie. Lekkim w tym wszystkim zgrzytem, jest szybkie gubienie ostrości przez mój egzemplarz (nie wiem jak z innymi) - po wykonaniu wieszaka do zebry nad ognisko, ustruganiu kilkunastu "śledziokołków" do tarpów, przycięciu kilku odcinków repów oraz przygotowaniu posiłku czuć było spadek ostrości. Ta "popsuta" ostrość utrzymywała się później przez dłuższy czas bez pogłębiania się i dawała się "naprawić" przez kilkukrotne lekkie przeciągnięcie po średniej gradacji diamentach (400 i 600). Można zatem śmiało powiedzieć że ostrość przywracamy błyskawicznie. Nóż jeśli chodzi o agresję cięcia jest co najmniej dziwny. Po 400 czy 600 czuć było swego rodzaju opór w trakcie cięcia (inne skandynawy potrafią to robić lepiej), natomiast po machnięciu szlifów gradacją 1200 i lekkim przepolerowaniu na bawełnie zaczął ciąć jak wściekły.Wszystko. Pomidory, mięso, ścięgna i średnio twarde drewno. Z lekką "iskrą", ale jednak nie tak jak np dobrze wyostrzony opinel czy węglówkowe customy. Być może to kwestia doboru materiałów na laminat z którego wykonano "blank" (słowo pludrackie ponieważ nie ma odpowiednika w naszym języku), gdzie starano się osiągnąć kompromis między parametrami odpowiedzialnymi za dobre cięcie i utrzymywanie ostrości a parametrami odpowiedzialnymi za podatność na korozję. Czy taka charakterystyka pracy jest odpowiednia czy nie - tu już każdy musi sobie odpowiedzieć sam, ponieważ to dalece indywidualna sprawa. Osobiście nie miałem z tym problemów i uważam że żadna osoba mająca duże doświadczenie w posługiwaniu się nożami nie będzie mieć do tego stanu rzeczy większych zastrzeżeń. 





Dla kogo zatem ten produkt? Tak naprawdę nie wiem. Jest mały i niepozorny a w robocie się doskonale sprawdza. Z pewnością nie będzie zatem to produkt dla sprzętowego onanisty. Dla kogoś z lubością tłukącego konarem w grzbiet noża i usiłującego w ten sposób przerąbać 35 cm dąb - również nie. Dla myśliwego - zbyt pokraczny no i nie oszukujmy się. Mało efektowny. ;)Pokraczny,ale kompaktowy i bardzo wygodny.
Myślę że ten nóż to dobry wybór dla ludzi którzy spędzają na "leśnym outdoorze" więcej czasu niż przeciętny, chodzący do lasu Kowalski. To narzędzie dla ludzi którzy są już świadomi mocnych i słabych stron używanego przez siebie narzędzia. Czy obecnie kupiłbym ten model ? Zdecydowanie tak. Teraz żałuję iż ten model tak późno trafił w moje ręce. 






Zdjęcia: własne oraz Helle.

Traperski trójnóg



Prosty i szybki sposób na zmajstrowanie w terenie trójnogu.
Potrzebne: Trzy kije grubości mniej więcej kciuka (przy założeniu że to trójnóg do powieszenia niewielkiego kociołka lub czajnika), puszka (długa puszka jest do tego najlepsza), kilkadziesiąt cm drutu ( miedziany, stalowy, złoty - jaki kto ma) oraz nóż lub jakikolwiek szpikulec do zrobienia dziury w denku puszki.
Czas potrzebny do budowy - około minuty.
1. Robimy w dnie puszki otwór na drut.
2. Opieramy o ziemię nasze trzy kijaszki.
3. Nakładamy na nie puszkę.
4. Rozkładamy nasze tworzące nogi trójnogu kije w taki sposób, by całość stała stabilnie.
5. Przewlekamy drut przez dno puszki.
6. Blokujemy drut nad puszką np owijając go kilkukrotnie wokół gałązki bądź wokół puszki.
7. Na wiszącym końcu drutu wieszamy kociołek/czajnik.
GOTOWE.

Poniżej materiał filmowy na ten temat.

DiaSam. Polskie - znaczy lepsze.

Każdy z nas używa czegoś ostrego. Zwykle są to noże we wszelakich formach . Wielkie noże szefa kuchni, zgrabne , edcowe foldery na co dzień, skinnery na polowaniu czy mory w lesie. wszystkie te noże kiedyś tracą ostrość i użytkownik staje przed problemem: co z tym fantem? Oczywiście trzeba im przywrócić umożliwiającą normalną pracę ostrość. Jak i czym ? W dobie mnogości rozwiązań odpowiedź na to pytanie wcale nie jest łatwa, ponieważ mamy do wyboru wiele technik i urządzeń mechanicznych, systemów ostrzących a także mnóstwo klasycznych kamieni, płytek i prętów. My skupimy się dziś na diamentach. W dodatku na naszych rodzimych diamentach od DiaSam.  Na początek może kilka słów o firmie. To polska firma zajmująca się produkcją oraz dystrybucją osełek i narzędzi ostrzących. Jak powiedział twórca marki: " Pomysł zrodził się na przełomie 2009/2010, kiedy chciałem kupić ostrzałki. Szybko doceniłem ostrzałki diamentowe i takie chciałem zakupić w Chinach, głównie ze względu na stosunek jakość/cena. Jednak najmniejsze zamówienie jakie mogłem złożyć bezpośrednio w fabryce to kilkaset sztuk. Tyle nie zamierzałem wykorzystać w ciągu całego swojego życia, wiec podrzuciłem na knives.pl pomysł zakupu grupowego. Ale z zakupami grupowymi bywa jak bywa, wiec od razu chciałem ponieść wszystkie koszty, a sprowadzony towar odsprzedać braci nożowej. W socjalistycznym systemie jaki mamy nie mogłem tego zrobić ot tak, nie narażając się na bycie przestępcą podatkowym, który zagroziłby elicie politycznej uszczypnięcie budżetu na nowe limuzyny. Żeby uprościć sprawę, założyłem w 2010 firmę, dokonałem wszelkich formalności oraz sprowadziłem towar... ...Okazalo się, iż firma w ten sposób może się sama utrzymać, a ja miałbym z tego ostrzałki. :) Po kilku latach wprowadziłem swój projekt zrealizowany w jednej z fabryk chińskich, a towar ten okazał się być bardzo pożądanym. I tak pozostało do dziś. " Jak widać da się i u nas.  Ale do meritum.  Przedmiotem opisu/testu są dwa modele : Duży i ciężki DiaS2 oraz mikrus DiaSu.
Osełka DiaS w pudełku
Pierwsze z opisywanych narzędzi - DiaS2, to duży i ciężki (5x15 cm oraz ~300 gram)  kawał stali  z naniesioną galwanicznie powłoką diamentową w dwóch gradacjach. 200 i 400 (oznaczenia w/g FEPA, co oznacza iż ziarna mają średnicę ~ 65 i 35 mikronów). Do wyboru był jeszcze jeden rodzaj płytek, o nasypie  600 - 2000, ale ten uważam za absolutnie zbędny dla moich zastosowań.  Po prostu potrzebne było coś do wyprowadzania uszkodzonej w czasie szkoleń KT i wstępnego jej wyostrzenia. A kompozycja 200 - 400 umożliwia takie właśnie działanie, natomiast wariant 600 - 2000 już w żadnym wypadku. Mało tego, uważam iż komponowanie gradacji 600 i 200 jest z lekka bezcelowe, ponieważ będzie nam brakowało gradacji pośrednich między tymi wartościami.  Ale wróćmy do meritum.  Nasyp z obu stron jest równy, bez żadnych grudek czy "łysych pól".  Niestety brak informacji na temat grubości powłoki (czy też "nasypu"). Ziarnistość ładnie oznakowana, trawionymi cyferkami ze strzałkami wskazującymi odpowiednie pole. Powłoka galwaniczna nałożona wzorcowo i do krawędzi (co pozwala ostrzyć noże bez choila lub zęby niektórych pił). Ogólnie dobra robota.

Widok na część roboczą osełki. Tu akurat widoczna gradacja "200"

Płaszczyzna z gradacją "400"

Najgorsza krawędź całości. Ta która wymagała lekkiego wyrównania.
Widoczne ślady po "falbankach" powstających na krawędziach i rogach w czasie nanoszenia warstwy ściernej.

Jedyne do czego można się przyczepić, to lekkie "purchawy" (zdjęcie wyżej ) niklu na krawędziach i rogach, ale to akurat jest normalne zjawisko na tak produkowanym sprzęcie ("... praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan rura...").  W porównaniu do np Eze Lap-ów to kosmiczna technologia. Żadnych zadziorów, nic się nie wbija w paluchy czy w dłoń. Nic też nie kaleczy KT w czasie ostrzenia ( jak miewałem z eze lapami, które uznawane są za wysoką półkę, a których jakość wykonania woła o pomstę do nieba) co ma kluczowe znaczenie dla takiego szpeju.  Cała osełka schowana jest w drewnianym , wyłożonym gąbką pudełku, co zdecydowanie poprawia estetykę odbioru tego produktu. Klient ma pewność że używa wyrobu "de luxe" ;).

DiaS2 z pudełkiem.
Jak widać płaszczyzna robocza jest dotarta bez jakichkolwiek wżerów czy innych nieprawidłowości w nałożonej powłoce.Po kilku miesiącach nielekkiej roboty, osełka jest już "dotarta" i absolutnie nie wygląda na spracowaną. Ostrzę używając zarówno wody, jak również nafty i  oleju a na osełce nigdzie nie pojawia się ruda (jak zdarza się w tańszych substytutach osełek). Mogę śmiało powiedzieć że z kuchni wyparła duży kawał piaskowca i diamenty od Taidei a z warsztatu inne epizodyczne narzędzia do ostrzenia ;). Kolejna, na tapetę wędruje niewielka DiasU.

DiaSu z futerałem.

To mój zdecydowany faworyt. na wyjazdach zdetronizował wszystko czegom do tej pory używał. A były to : listewka z arkansas, okolicznościowy korund od vicka, pasek naszego piaskowca, diamentówka od honownicy a ostatnimi czasy eze lap 22F (http://szkolenia-outdoor.pl/blog/eze-lap-22f-warto-czy-nie/)  DiaSu to kurdupel ważący 63 gramy i mający wymiary 12.7 x 2.5 cm. gradacja ziaren w tym modelu to 150 oraz 600. I tu największy plus a zarazem największy minus tego produktu.  Jeśli dopuścimy do zniszczenia KT, przy użyciu 150 wyprowadzimy ją na nowo, ale gradacją 600 będziemy musieli się nasiłować kilka godzin nad doprowadzeniem jej do ładu. Więc przydałaby się jakaś pośrednia gradacja - coś w stylu 240 lub 280. Ale to wymusiłoby na nas noszenie dodatkowego narzędzia. czyli dobór gradacji 150-600 można uznać za mało szczęśliwy.  Ale z drugiej strony - przecież dbamy o swój sprzęt i nie dopuszczamy do zniszczenia KT, zatem samo 600 nam starczy.  A gdy jakimś cudem jednak uszkodzimy KT , to 150 - ką na szybko ją wyprowadzimy i da radę taką krawędzią pracować.   Jakość wykonania - cóż.  Z natury jestem czepliwym typem, ale tu nie było się do czego przypierdzielić. Taidea, Eze Lap czy diamenty od Lanskyego - to wszystko jest wykonane w mojej opinii dużo gorzej od DiaSu.

Gładka i równa płaszczyzna robocza osełki DiaSu.

Jak z trwałością ? Regularnie, od lutego szwenda się ze mną po terenie i regularnie w lesie pracuje przy Helle, RAT i przy kilku siekierach. Jak dotąd trzyma cały czas agresję, ziarna się nie wyłupują. Można więc założyć że będzie się trzymać dość długo, tym bardziej że warstwa z "nasypem" sprawia wrażenie naprawdę grubej (ultrasonograf Philipsa niestety nie chciał tego dokładnie odczytać, więc nie będę chlapał jęzorem że ma tyle i tyle ).  Osełki najczęściej używam na sucho lub z wodą (nie będę w teren nosił nafty, olejków czy jakichś innych WD), a czasem spłukuję po prostu benzyną z pilarki.

DiaSu dla porównania z Opinelem nr 8
Podsumowanie:  Pierwszy raz z tą marką zetknąłem się chyba ze dwa lata temu, na knives.pl i szczerze mówiąc powątpiewałem aby ktoś był w stanie zrobić dobre diamenty w tych cenach ( DiaS2 to wydatek około 75 pln a DiaSu to wydatek rzędu 38 pln) bo inni również mieliby ten typ podobnych cenach. Jakież było moje zdziwienie gdy przyszła pierwsza... Ładne, estetyczne, starannie wykonane.  A co najważniejsze dobrze działające. I to za cenę nie drenującą kieszeni. Czy warto ? A czy warto posiadać dobry nóż lub siekierę ?  Dziwię się że w Europie jest tak mało tego sprzętu. Mało tego. Dziwię się że rodzimi "buszmeni" nie używają tych osełek. Przecież zarówno duże modele jak i te  małe są doskonałymi narzędziami do użytku w domu i na działce. Tak samo dobrze sprawdzą się w ekwipunku żołnierza siedzącego gdzieś w Ghazni jak i w ekwipunku turysty pieszo drepczącego ścieżkami Gór Kaczawskich.

Hipsterski plecak od Survival Kettle.

   Dziś`na tapetę bierzemy nieodłączny atrybut każdego pochłaniacza sojowej latte i nieustraszonego łowcy bezglutenowych pierożków. Atrybut...